strona: 1, 2, 3

Premiera polska

[STRZELANINA W DROŻDŻOWNI]

Jeszcze nim pan Florczak zahamował z piskiem opon, Zielny stanął na stopniu auta i wystrzelił w powietrze.
- Stój, policja! - Wymierzył w jeden z cieni przymykający w świetle reflektorów. - Stój, bo strzelam!
Zyga odbiegł parę metrów od samochodu, ale wypalił za późno - pocisk tylko z przenikliwym piskiem odbił się od parkanu. Bandyci byli już po drugiej stronie.
- Tam, panie kierowniku! - wskazał ręką Fałniewicz.
Bychawską biegło ku nim dwóch policjantów. Starszy zdejmował już z ramienia karabin, młodszy dmuchnął w gwizdek.
- Wydział śledczy, podkomisarz Maciejewski! - zawołał do nich Zyga. - Wezwijcie posiłki. Auto, ludzi, pistolety maszynowe. Ścigamy podejrzanych o morderstwo.
- Ale my jesteśmy z dwójki - wysapał starszy z mundurowych, kiedy dobiegli do auta. - Leć, Janek! - polecił młodszemu. - To kawałek drogi, panie. panie podkomisarzu.
- Czyście zdurnieli?! Fałniewicz, zajmij się tym - polecił Zyga i ruszył wzdłuż parkanu.
- Do komisariatu kolejowego, już! - wrzasnął tajniak. - Drogi służbowej wam się zachciało!
Młodszy policjant zawrócił i zaczął wspinać się na nasyp. Przeskoczył niezgrabnie tory i zniknął w mroku.
- A wy za mną! - polecił Fałniewicz starszemu posterunkowemu, odbezpieczając rewolwer.
W tym momencie zobaczył, że pan Florczak wyciąga spod siedzenie solidną łyżkę do opon i też zmierza w stronę ogrodzenia drożdżowni.
- A pan co? - wydusił zdziwiony tajniak.
- Mam tu tak sam stać jak głupi? - Oburzył się taksówkarz. - Karoserię mi podziurawili.
- Tak jest, stój pan jak głupi, panie Florczak. Bo kierownik mi nogi z dupy powyrywa.
Wywiadowca pobiegł w głąb Garbarskiej. Zza parkanu dobiegły go dwa strzały, ale nikt nie krzyknął ani nie upadł. Jedna z desek ogrodzenia była odsunięta. Mundurowy właśnie nurkował w szczelinę, jednak tajniak, spojrzawszy najpierw w otwór, potem na swój brzuch, schował broń i złapał się dłońmi szczytu parkanu. Usłyszał przykry dźwięk dartej tkaniny i odpryskującego guzika.
- Cholera! - mruknął. Podciągnął się rękami.
Maciejewski kucną kilka metrów od parkanu przy stojącej na cegłach, pozbawionej kół przyczepie samochodowej. Zielny wychylał się z drugiej strony. Posterunkowy właśnie wyłaził z dziury w płocie, podpierając się karabinem.
Fałniewicz zrobił kilka głębokich oddechów i przeskoczył. Zanim wylądował na nierównym bruku pokrywającym plac fabryczny, kątem oka dostrzegł rozbłysk wystrzału zza rogu nowego budynku rektyfikacji. Zielny i podkomisarz odpowiedzieli ogniem. Bandyta zdążył się jednak schować.
- Znajdźcie telefon! - rozkazał Zyga mundurowemu, kiedy do nich dołączył. - Tam, w administracji. - Wskazał budynek przylegający do Bychawskiej.
Policjant skinął głową i pobiegł.
- Niżej głowa! - wrzasnął za nim Zielny.
Jednak mundurowy, najwyraźniej zobaczywszy jakiś ruch po drugiej stronie fabryki, wyprostował się jak na strzelnicy i przyłożył karabin do ramienia.
- Schyl się! - zawołał Maciejewski.
Było jednak za późno. Padł strzał, policjant wypuścił broń i skulony upadł na ziemię.
- Kurwa mać! - warknął podkomisarz. - Osłaniajcie mnie.
Po chwili we trzech byli już nad leżącym. Trzymał się za bok, poruszał nogami, jakby jechał na niewidzialnym rowerze i jęczał:
- Jezusie Nazareński, Jezusie Nazareński!.
Światło odległej latarni odbiło się słabo na otwieranych drzwiach starej drożdżowni. Usłyszeli skowyt wyłamywanego zamka, zgrzyt zawiasów i kłapnięcie.
Zyga przycisnął rannego do ziemi i obmacał mu ranę.
- Tylko draśnięty - stwierdził. - Idziemy. Ma któryś latarkę?
- Przecież szliśmy na bal. - bąknął Zielny.
- Trudno, zatańczymy po ciemku.
Pobiegli schyleni wzdłuż budynku, przystając przy każdym z trzech okien sutereny, jakie dzieliły ich od schodów do głównego wejścia. Fałniewicz ominął podmurówkę wiszącej pod dachem platformy dźwigu załadunkowego, doskoczył do brzegu ganku ogrodzonego metalową poręczą i wycelował w górę, w stronę drzwi. Zielny i Maciejewski ominęli go i wskoczyli na schody z drugiej strony. Podkomisarz pierwszy zajrzał do środka.
Na wprost wejścia zobaczył jakiś wielki i ciemny kształt, od dwu innych, stojących nieco dalej na prawo, odbijało się światło latarń przy Bychawskiej. Rozpoznał stalowe kadzie, które zapewne służyły do namnażania drożdży. Ten jakże pożyteczny proces zgorszyłby każdego bimbrownika, polegał on bowiem na tak intensywnym karmieniu i napowietrzaniu tych drobnoustrojów, aby zamiast produkować alkohol, zajęły się własnymi potrzebami. Teraz, w nocy, kadzie stały jak martwe.
Zyga wsunął się głębiej do hali i przywarł do ściany. Zielny doskoczył do pierwszej kadzi i wystawił rękę z rewolwerem. Fałniewicz był już w drzwiach. Nasłuchiwali.
Nagle Maciejewski usłyszał szczęk przełączanych kontaktów i oślepił go niespodziewany blask. Światło rozlało się po całej hali, kadzie odbijały je jak soczewki, raziły oczy jak lampa na biurku śledczego.
Podkomisarz klęknął i wymierzył na ślepo. Dobiegł go odgłos strzału, ale kula zagrała tylko na metalowej pokrywie którejś kadzi, brzęknęło rozbita rykoszetem szyba. Minęło kilka sekund, zanim odzyskał wzrok na tyle, aby rozpoznać ludzkie sylwetki. Przetoczył się po betonowej posadzce przesyconej lekkim odorem słodu, kwasu i etanolu.
Huknęło jeszcze sześć wystrzałów z kilku kierunków, ale żaden bandyta nie trafił. Choć byli przygotowani, lampy oślepiły ich tak samo jak policjantów.
"Któryś tu pracuje albo pracował" - uzmysłowił sobie Zyga. Dostrzegł wąsatą postać ubraną w jasny płaszcz, która zniknęła w drzwiach na klatkę schodową.
- To on! - zawołał do tajniaków. Podniósł się na kolana i wypalił.
Za późno, uciekający już wybiegł. Wstał, ale wtedy z łoskotem otwarły się przesuwane wrota do sąsiedniego pomieszczenia. Maciejewski dojrzał trzy lufy.
- Padnij! - krzyknął do swoich wywiadowców, którzy już ruszali ku schodom.
Fałniewicz zareagował instynktownie. Zielny zawahał się, czy paść plackiem na pełną zacieków posadzkę - pół sekundy za długo. Padł strzał i wywiadowca, już nie bacząc na ubranie, z wysiłkiem odczołgał się za kadź.
- Panie kierowniku, Zielny dostał! - krzyczał Fałniewicz. - Zielny dostał!
Porozumieli się jednym spojrzeniem. Upewniwszy się, że ranny tajniak jest bezpieczny, Zyga skoczył na prawo, w stronę ściany frontowej. Fałniewicz ku tylnej. Podkomisarz w biegu raz po raz naciskał spust, aż opróżnił bębenek. Dopiero gdy ramię w ramię z tajniakiem siedzieli za kolejną kadzią, nadstawił ucha. Nikt już nie strzelał, zabrzęczało tylko rozbijane okno i ktoś zeskoczył na bruk, na dziedziniec fabryki. Maciejewski pospiesznie opróżnił magazynek z łusek i wepchnął po omacku wepchnął trzy ostatnie naboje, jakie zostały mu w kieszeni. Przed nimi ktoś jęczał, pełznąc po podłodze.
Doskoczyli. Zyga przydeptał rannemu bandycie dłoń, którą ten sięgał po leżący na posadzce pistolet. Fałniewicz, trzymając broń obiema wyciągniętymi daleko w przód rękami, omiótł wzrokiem pomieszczenie, do którego wpadli.
Stała tu tylko jedna, za to olbrzymia kadź, której szczyt niknął w otworze w suficie. Plątanina mosiężnych rur wychodziła z brzucha tego olbrzyma i biegła ku głównej hali.
- Wracaj do Zielnego, nic już nie zwojujemy - polecił Maciejewski. Nie zwracając uwagi na jęki i przekleństwa, przykuł postrzelonego do jakiegoś sterczącego ze ściany uchwytu, po czym ostrożnie przywarł do ściany przy wnęce rozbitego okna. Na zewnątrz nie było już nikogo.
Wtem coś go tknęło i przyklękając, błyskawicznie odwrócił się z bronią gotową do strzału.
Za wielką kadzią dostrzegł dużo mniejszy kocioł, a na nim - wciąż ściskając dłonią grubą na dwa palce rurę, półleżał jeszcze jeden bandyta. Zyga doskoczył do niego, ale tamten nie wykonał żadnego ruchu. Popchnięty lufą rewolweru upadł na posadzkę. Z lewej strony piersi ział krwawiący jeszcze otwór.
Maciejewski biegiem wrócił do Zielnego. Fałniewicz pomógł mu już usiąść i zatkał postrzał swoją chustką do nosa.
- Bladź jego stara mać, panie kierowniku. - mamrotał ranny tajniak. - Tu. Nowa marynarka. Prawie sto złoty dałem.
- Nie martw się, Zielny, popielata. Do trumny na nic. Zresztą nas w mundurach chowają.
- Tajniaków też?
- Też. A pomyśl, jak ja będę wyglądał z koalicyjką i Krzyżem Zasługi!
- Jak. Jak strażak w Boże Ciało, panie kierowniku!
- No, widzę, że będziesz żył, Zielny. Widziałeś, który to był?
- Tam, zza tego ustrojstwa. - Wywiadowca wskazał ręką wielką kadź, za którą leżał teraz trup bandyty. - Kurwa, panie kierowniku, jak która kula trafi, to zawsze się wie skąd.
- Dobra. Fałniewicz, mów do niego.
Maciejewski znów poszedł do drugiego pomieszczenia, stanął nad trupem i wyjął z kieszeni chustkę. Podniósł przez nią rewolwer martwego bandyty, potem podszedł z nim do rannego. Włożył mu ją w rękę, opróżniwszy wcześniej bębenek do wyjętej z kieszeni koperty.
- No to masz co najmniej usiłowanie zabójstwa policjanta na służbie - powiedział, chowając rewolwer do kieszeni płaszcza. - Nie powiem, co zrobią ci za to klawisze w areszcie, bo cię ominie niespodzianka. To co, sypiesz wspólników czy mam ci tam pogmerać paluchem? - zapytał z uśmiechem, dotykając postrzelonego ramienia bandyty.
- Zobaczysz, glino, mam na dobrego papugę. On cię zeżre!
- Ta? A świadków masz?
Zyga zacisnął dłoń nieco mocniej. Ranny przez pół minuty tylko wył jak pies na łańcuchu, a potem zaczął mówić tak dużo i szybko, że nawet Fałniewicz ledwo nadążyłby z notowaniem.

O AUTORZE:

Marcin Wroński (ur. 1972) - pisarz i redaktor. W latach 90. związany z nurtem trzeciego obiegu, napisał wówczas m.in. zbiór opowiadań Udo Pani Nocy (1992) i powieść pijacko-przygodową Obsesyjny motyw babiego lata (1994), prowadził kabaret oraz autorską audycję radiową Fikcja o północy. Przez prawie 10 lat pracował w wydawnictwie dla dzieci, w którym redagował, adaptował i pisał książki dla najmłodszych.

Obecnie zajmuje się literaturą popularną, redaguje teksty od SF po kryminały, a jego zbiór opowiadań fantasy Tfu, pluje Chlu! (2005) i powieść Wąż Marlo (2006) były nominowane do tytułu Książka roku w portalu Wirtualna Polska.

Zdeklarowany lublinianin, interesują go zwłaszcza wielokulturowe dzieje rodzinnego miasta od XIX w. do czasów międzywojennych. Najnowsza powieść "Komisarz Maciejewski. Morderstwo pod cenzurą" to kryminał retro, w którym wiernie odtworzony Lublin pięknych lat trzydziestych XX wieku staje się sceną zagadkowej zbrodni i sensacyjnych wydarzeń.

Podyskutuj o książce

strona: 1, 2, 3

Kup w:
Znajdź na aukcji: AUKCJE ŚWISTAK.PL: KRYMINAŁY
:: Beletrystyka
:: Podręczniki
:: Wspomnienia
:: Kryminały
:: Inne
:: Po angielsku

W dziale "Popularne":
:: As w rękawie
:: Adwokat
:: Colorado Kid
:: Cień znad jeziora
:: Decathexis
:: Deja Dead
:: Diabelska przypadłość
:: Giń
:: Kryminały
:: Krwawe zbrodnie
:: Komisarz Maciejewski
:: Kości w proch
:: Koszmar na miarę
:: Nagie kości
:: Największa przyjemność świata
:: Okruchy śmierci
:: Predator
:: Poniedziałkowa żałoba
:: Pogrzebane tajemnice
:: Śmiertelny koktajl
:: Śmierć za dnia
:: Ślad
:: Uwikłany
:: Wyspa Psów
:: Zegarmistrz
:: Zabójcza podróż
:: Zakopane: Luftkurort 1940

:: Jak odczytać fałszywe dokumenty i numery VIN
:: DISCOVERY - Zbrodnie, które wstrząsnęły światem
:: Człowiek z Maree
:: Tajemnica Gatton
:: Tutoriale kryminalistyczne

:: NOWE! Puzzle

:: Przygody detektywa Maxa

:: Quiz
:: VIII Edycja Konkursu Wiedzy Kryminalistycznej im. prof. Brunona Hołysta
:: Test wiedzy o historii medycyny
:: Test wiedzy o kryminalistyce i medycynie sądowej
:: Układanka
:: Zagadki kryminalne

"Złota zasada Murphiego: Zasady określa ten, kto ma złoto"


GALIEL@WEBGROUP 2005