Adam Zalewski:
"Cień znad jeziora"

Cień znad jeziora to mroczna historia, stanowiąca kontynuację Białej Wiedźmy - debiutu Adama Zalewskiego. W tej typowej dla autora mieszance thrillera i horroru, spotkamy także bohatera innej książki Zalewskiego - Jerry'ego Noonana "Rowerzystę".
Znani Czytelnikowi bohaterowie ponownie muszą stawić czoła duchom jeziora i własnej przeszłości. Życie niewinnych mieszkańców znów jest zagrożone, a przerażająca siła odradza się znacznie potężniejsza.
Budując akcję Cienia..., autor dokonał zabiegu, o który wcześniej pokusili się tylko nieliczni, przekonując Czytelnika, że w życiu może przydarzyć się wszystko. Przy lekturze tego dreszczowca nikt nie będzie się nudził. Czytelnika czeka prawdziwa lawina nieprzewidzianych zwrotów akcji, a także mocno zarysowanych scen grozy. Jak zwykle u Zalewskiego, nie zabraknie też wątków obyczajowych.

Ta książka jest dla wszystkich, którzy polubili prozę Adama Zalewskiego oraz niepowtarzalny klimat wielkiego kraju za oceanem.
Dla tych, którzy przeczytali Białą Wiedźmę i Rowerzystę, to lektura obowiązkowa.

Adam Zalewski urodził się w grudniu 1951 roku w Kwidzynie. W swoim rodzinnym mieście spędził większą część swojego dotychczasowego życia. W 2000 roku przeniósł się do Karpin - miejscowości w sąsiedztwie Kwidzyna. Wraz z żoną Ireną zamieszkują niewielką posiadłość na skraju lasów, porastających zbocza skarpy nadwiślańskiej.
Piękno okolicznej przyrody, dobra książka, muzyka i film, to jego fascynacje. Uwielbia leśne wędrówki i rowerowe wycieczki. W swojej pracy twórczej na pierwszym miejscu stawia rzetelność i autentyzm. Na nich buduje fabuły swoich mrocznych historii.

Przeczytaj fragment

Cedar Peak 2001
Nazywał się Bert Duncan. Diabli wiedzą dlaczego. Był wzorcowym latynoskim typem. Matka - rodowita Meksykanka - wyszła za faceta z Barbados. Bert zapamiętał tylko, że ojciec miał na imię Louis.
Małżeństwo rodziców przetrwało sześć lat. Potem ojciec zniknął. Tak zapamiętał to Bert. Odziedziczył po nim nazwisko, a po matce - całą resztę. Włosy, cerę i oczy. Duże, ciemne, brązowe. Mieszkali w Monroe w Luizjanie. Pamiętał, że kiedy skończył dziesięć lat, matka kupiła mu na urodziny wędkę. Prawdziwe cudo. Tak wówczas uważał. W rzeczywistości była tania i pospolita. Nie miała kołowrotka. Jednak nim minęły dwa lata, Bert nauczył się łowić ryby jak nikt inny. Na rodzinnym stole, nakrytym dla dwojga osób, zaczęły pojawiać się dorodne liny, leszcze, a nawet sandacze. Łowił też okonie, używane przez większość wędkarzy tylko jako przynęta. Ale on przynosił do domu jedynie duże, tłuste okazy. Smakowały mu najbardziej.
Kiedy - nad ranem - matka wracała z ulicy (myślał, że pracuje w nocnym klubie), Bert smażył okonie z domieszką ziół w chrupiącej panierce.
Szkoła, do której chodził, była brudną, nędzną budą dla kolorowych. Sądził wtedy, że to normalne - że wszystkie szkoły tak wyglądają. Nie był towarzyski. Nie miał kolegów. Kiedy ojciec nagle zniknął, zostali tylko we dwoje - on i matka. Uważał ją za szczyt piękności i niewiele się mylił. Bywalcy tej dzielnicy myśleli podobnie. Dolores Duncan kosztowała drożej niż inne panienki, koczujące przy krawężnikach.
Kiedy Bert miał jedenaście lat, Dolores nie musiała szukać pracy daleko. Wystarczyło, że wyszła parę kroków od domu. Przez okno swojego pokoiku chłopak obserwował nieraz ciemne błyszczące limuzyny, zatrzymujące się przed ich mieszkaniem. Powodziło im się nie najgorzej, ale Bert potrzebował kolejnego roku, żeby zrozumieć, skąd bierze się ten dostatek.

To było nocą, z soboty na niedzielę, dwa dni po jego dwunastych urodzinach. Matka wróciła do domu wcześniej niż zwykle. Wraz z nią wtoczył się do mieszkania opasły facet. Bert patrzył na niego przez okno. Gruby, wielki mężczyzna o jasnej cerze, z tupecikiem na głowie. młody Duncan nie wiedział, co to jest tupecik, ale coś mu nie pasowało w bujnej fryzurze gościa mamy. Nie wiedział także, że tamta noc zmieni jego życie na zawsze. Mając dwanaście lat, Bert po raz pierwszy zrozumiał, co to jest seks. Nie miał szansy zaznać tego z którąś z rówieśnic, na tylnym siedzeniu samochodu. Nie słuchał też kolegów, gadających o pieprznych szczegółach. Został od razu rzucony na głęboką wodę.

Mogła dochodzić czwarta rano. Nie pamiętał. Drzwi w jego sypialni otworzyły się z trzaskiem i zamajaczył w nich kontur matki. Stała w blasku lampy wiszącej w saloniku. Światło przenikało przez coś, w co była ubrana, a czego Bert nigdy do tej pory nie widział. Choć jego łóżko stało dobrych osiem stóp od drzwi, poczuł wiercący w nozdrzach odór alkoholu. Znał już tę woń. Coraz częściej wyczuwał ją w mieszkaniu.
Tym razem była wyjątkowo ostra. Natarczywa.
- Bert - usłyszał głos matki. - Śpisz?
- Nie.
- To dobrze. Jest u nas pan, który chciałby cię poznać.
Przyjdź do salonu.
- Teraz, mamo?
- Teraz. A niby po co cię budzę? - Usłyszał cichy chichot.
Niechętnie wstał z łóżka. Wyszedł do salonu, tak jak stał. Nie spał nigdy w piżamie. Nawet nie wiedział, co to takiego.
Na sofie przed telewizorem w ich małym obskurnym saloniku siedział ten, którego widział przez okno. Teraz Bert mógł lepiej mu się przyjrzeć. Mężczyzna miał na sobie jedynie błękitną podkoszulkę, która podwinęła się na owłosione piersi. Tupecik przechylił mu się mocno na lewą stronę. Wyglądał odrażająco.
Bert nie wiedział, co jest bardziej obrzydliwe - goły, gruby facet z dużym, sterczącym jasiem czy to, co leciało na domowym wideo. Były tam nagie, jęczące kobiety i jacyś goście, którzy ciągle wołali jak nakręceni: " Bierz go! Dalej, mała!".
Bertowi zakręciło się w głowie. Poczuł dłoń matki na swojej. Podprowadziła go do sofy.
- Usiądź sobie wygodnie. Mike chciałby cię poznać.
- Cześć, mały! - odezwał się nagus z przekrzywionym tupetem. - Lubisz takie filmy?
- Nie.
- Nie żartuj. Twoja mama powiedziała, że masz dwanaście lat. Nie lubisz seksu?
- Nie wiem, o czym pan mówi.
- O tym. - "Mike Tupecik" wskazał na ekran. - Nie podoba ci się?
- Nie.
- Kłamiesz. Widzę po twoich slipkach, że kłamiesz.
Dolores Duncan usiadła po drugiej stronie gościa.
- Co my tu mamy? - zapytała zalotnie, sięgając ręką. W tym momencie Bert poczuł rękę grubasa. Mimo obrzydzenia, zaskoczenia i szoku, doznał czegoś, czego nigdy dotąd nie odczuwał.
Kiedy nadszedł dzień, Bert Duncan nie był już prawiczkiem, a jego doświadczenie przerastało wszystko, co szkolni koledzy mogli opowiadać sobie w stołówce lub w szatni. Czuł się strasznie. Zapamiętał tę noc przez resztę życia. Noc, która odmieniła cały jego świat. Stuk młoteczka, kiedy - rano - rozbijał porcelanową skarbonkę. Trzask zamykanych drzwi. Ostatnie spojrzenie na dom, do którego nigdy już nie powrócił. Pojechał przed siebie. Jak w marzeniach większości amerykańskich nastolatków. Ale on pojechał naprawdę.
I naprawdę - przed siebie.

Pieniędzy starczyło mu do Warren w Ohio. Stamtąd wybrał się stopem na wschód. Coraz bardziej dokuczał mu głód i pragnienie, a nie miał już ani centa. Kierowca wysadził go w Blue Montains, niewielkiej miejscowości u podnóża Appalachów. Kawałek dalej, na prawo od szosy, dostrzegł spore ranczo. Skręcił w szeroką drogę dojazdową. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu, że może uda się tutaj zatrzymać. Poza tym nie miał nic do stracenia.
Głos podpowiedział mu dobrze. Ranczo należało do Jacka i Loretty Wessonów. Byli spokojnym małżeństwem w średnim wieku. Kiedy stanął przed nimi, opowiedział najpiękniejszą bajkę, jaką zdarzyło mu się sklecić. O tym, jak po kolei umarli tata i mama, o złej szkole z internatem dla trudnych dzieci (pamiętał to z filmu) i o tym, jak uciekł, bo nie mógł już tego wytrzymać.
Wessonowie byli bezdzietni. Może dlatego przyjęli jego opowieść za dobrą monetę. Przeżył u nich pięć pięknych lat. Oboje należeli do ludzi łagodnych. Nie zmuszali go do niczego. Nie musiał chodzić do szkoły. Pomagał na ranczo najlepiej jak potrafił. Stawał się dojrzałym, przystojnym nastolatkiem. Jego ciemne oczy urzekały wszystkie dziewczyny w okolicy, a Bert nie próżnował. Brał odwet za wszystko, co spotkało go tamtej strasznej nocy. Teraz to on dyktował warunki.
Przywiązał się do Wessonów, traktując ich jak swoich rodziców. Ale nie był już dzieckiem. Kiedy, pewnego jesiennego popołudnia, Jack Wesson wyjechał do Columbus w interesach, Bert nie wiedział, że nadchodzi koniec szczęśliwego etapu życia. Następnego dnia, wczesnym rankiem, siedział już w autobusie jadącym do New Hampshire. Czuł jeszcze drżenie ciała. Pamiętał chwilę, kiedy Loretta Wesson weszła do jego pokoju. Było zupełnie tak jak kiedyś. Tym razem była to tylko przybrana mama. Dla niego oznaczało to ten sam wstyd i poczucie poniżenia. Postąpił dokładnie jak za pierwszym razem. Nie wyobrażał sobie dalszego życia pod jednym dachem w takiej sytuacji.

 

Kup w:
Znajdź na aukcji: AUKCJE ŚWISTAK.PL: KRYMINAŁY
:: Beletrystyka
:: Podręczniki
:: Wspomnienia
:: Kryminały
:: Inne
:: Po angielsku

W dziale "Popularne":
:: As w rękawie
:: Adwokat
:: Colorado Kid
:: Cień znad jeziora
:: Decathexis
:: Deja Dead
:: Diabelska przypadłość
:: Giń
:: Kryminały
:: Krwawe zbrodnie
:: Komisarz Maciejewski
:: Kości w proch
:: Koszmar na miarę
:: Nagie kości
:: Największa przyjemność świata
:: Okruchy śmierci
:: Predator
:: Poniedziałkowa żałoba
:: Pogrzebane tajemnice
:: Śmiertelny koktajl
:: Śmierć za dnia
:: Ślad
:: Uwikłany
:: Wyspa Psów
:: Zegarmistrz
:: Zabójcza podróż
:: Zakopane: Luftkurort 1940

:: Jak odczytać fałszywe dokumenty i numery VIN
:: DISCOVERY - Zbrodnie, które wstrząsnęły światem
:: Człowiek z Maree
:: Tajemnica Gatton
:: Tutoriale kryminalistyczne

:: NOWE! Puzzle

:: Przygody detektywa Maxa

:: Quiz
:: VIII Edycja Konkursu Wiedzy Kryminalistycznej im. prof. Brunona Hołysta
:: Test wiedzy o historii medycyny
:: Test wiedzy o kryminalistyce i medycynie sądowej
:: Układanka
:: Zagadki kryminalne

"Biurokracja to dobrze zorganizowana zaraza" - Cyril Parkinson


GALIEL@WEBGROUP 2005